file_00000000097c81f482609a3bb7cce56c

Są takie momenty, kiedy zmiana trenera jest potrzebna. Są też takie, kiedy zanim zaczniemy kolejny raz wszystko burzyć, warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie jedno pytanie: czy my naprawdę daliśmy poprzedniemu człowiekowi wystarczająco dużo czasu, żeby cokolwiek zbudować?

Jan Urban objął reprezentację Polski po Michale Probierzu. I właściwie od pierwszej konferencji prasowej można było zauważyć coś, co nie miało jeszcze nic wspólnego z taktyką, ustawieniem czy wynikami.

Zmieniła się atmosfera.

Nie chcę tutaj robić z Michała Probierza czarnego charakteru. Każdy ma swój sposób bycia i komunikowania się z otoczeniem. Ale mam wrażenie, że w pewnym momencie jego konferencje prasowe coraz częściej odbierałem jako chłodne, momentami zaczepne, a czasami wręcz podszyte przekonaniem, że selekcjoner musi wszystkim dookoła udowadniać, że to on ma rację.

Jan Urban wszedł w to wszystko zupełnie inaczej.

Trochę jak dobry wujek, którego wszyscy znamy. Tylko taki, który zamiast udawać największego kozaka na dzielni, po prostu przychodzi, siada i normalnie rozmawia.

Bez pozy.

Bez niepotrzebnego budowania własnego autorytetu.

Z klasą i normalnością.

I być może właśnie tej normalności reprezentacja Polski potrzebowała po okresie, w którym wokół niej było zdecydowanie więcej zamieszania niż powinno.

A później przyszedł pierwszy mecz.

Holandia.

Wyjazd.

I remis 1:1.

Czy jeden mecz może oznaczać, że nagle wszystko się zmieniło? Oczywiście, że nie.

Ale może być sygnałem.

Jeszcze chwilę wcześniej przegraliśmy z Finlandią. Wokół kadry zrobiło się gorąco po decyzji Michała Probierza o odebraniu opaski kapitańskiej Robertowi Lewandowskiemu. Zamiast rozmawiać wyłącznie o piłce, zaczęliśmy rozmawiać o konflikcie, atmosferze i tym, co dzieje się wewnątrz reprezentacji.

A kilka tygodni później wychodzimy na Holandię i potrafimy się jej postawić.

Potem przychodzi Finlandia.

3:1.

U siebie.

Reprezentacja nadal jest w grze o awans na mistrzostwa świata.

Nie był to żaden początek wielkiej ery. Nie było powodów, żeby już wtedy stawiać Urbanowi pomnik. Ale były powody, żeby powiedzieć: może warto zobaczyć, co z tego będzie.

Potem przyszła Szwecja.

3:2.

Porażka.

I znowu pojawiły się pytania.

Bo przecież w reprezentacji Polski wszystko musi dziać się natychmiast. Albo jesteś bohaterem, albo jesteś problemem. Albo wygrywasz, albo zaczynamy dyskusję o zmianie trenera.

Tylko że po drodze wydarzyło się coś, czego żaden wynik nie jest w stanie przykryć.

10 kwietnia opinia publiczna została postawiona przed wiadomością, która dla wielu kibiców była po prostu niewiarygodna.

Jacek Magiera nie żyje.

Sam, kiedy zobaczyłem tę informację, wracałem do niej kilka razy. Sprawdzałem, czy to nie jest jakiś fałszywy news.

Szok.

I tutaj warto zatrzymać się na chwilę.

Jan Urban i Jacek Magiera.

Dwóch ludzi piłki. Dwóch trenerów. Każdy z własną drogą, własnymi sukcesami i własnymi doświadczeniami. A jednak w pewnym momencie połączyła ich reprezentacja Polski.

Magiera był człowiekiem, który zgodził się pracować u boku Urbana.

I nagle tej drugiej osoby zabrakło.

Po tej tragedii reprezentacja nie potrafiła wygrać swoich kolejnych spotkań. Porażka 0:2 z Ukrainą, remis 2:2 z Nigerią.

Trudno oczywiście sprowadzać sport do jednego wydarzenia i powiedzieć, że właśnie ono zdecydowało o wynikach. Piłka jest bardziej skomplikowana.

Ale trudno też udawać, że człowiek nie ma wpływu na drużynę, atmosferę i ludzi, z którymi pracuje.

We wrześniu reprezentacja wróciła do rywalizacji.

Liga Narodów miała być trochę czasem budowania, testowania i szlifowania zespołu.

Najpierw Bośnia i Hercegowina.

0:0.

Mecz, przy którym jeśli komuś zdarzyło się zasnąć, to chyba więcej z tego było pożytku niż smutku.

Potem Szwecja.

I tutaj było już inaczej.

Były dobre momenty. Były fragmenty, w których można było odnieść wrażenie, że Szwedzi za chwilę będą mieli poważne problemy. Były sytuacje, w których reprezentacja Polski powinna była zrobić więcej.

A jednak przyszły stałe fragmenty gry.

I zostaliśmy skarceni.

3:1.

Miało być jak nigdy.

Choć ostatnio to zdanie w kontekście reprezentacji Polski słyszymy wyjątkowo często.

Wyszło jak zawsze.

I wtedy zaczęła się kolejna dyskusja.

Czy Jan Urban powinien zostać?

Naprawdę?

Już?

Czy po każdym słabszym okresie musimy wracać do tego samego schematu?

Nowy trener.

Nowe pomysły.

Nowe powołania.

Nowa konferencja.

Nowe nadzieje.

A później kilka słabszych wyników i od początku.

Nie wiem, czy Jan Urban jest trenerem, który doprowadzi reprezentację Polski do wielkiego sukcesu.

Nie wiem, czy będzie selekcjonerem, który poprowadzi nas na kolejne wielkie turnieje i zapisze się w historii polskiej piłki.

Tego dzisiaj po prostu nie da się wiedzieć.

Ale wiem jedno.

Jeżeli znowu zaczniemy zmieniać selekcjonera po kilku miesiącach, nigdy się nie dowiemy.

Bo może problem nie polega na tym, że kolejny trener jest zły.

Może problem polega na tym, że żaden trener nie dostaje wystarczająco dużo czasu, żebyśmy mogli rzeczywiście ocenić jego pracę.

Oczywiście — krytyka jest potrzebna.

Piłkarze zarabiają ogromne pieniądze, grają na najwyższym poziomie i reprezentują kraj. Selekcjoner również musi odpowiadać za swoje decyzje. Nie można po każdej porażce mówić, że nic się nie stało.

Ale czym innym jest krytyka, a czym innym lincz.

Możemy analizować decyzje Urbana. Możemy pytać o powołania. Możemy zastanawiać się, dlaczego reprezentacja traci gole po stałych fragmentach, dlaczego nie wykorzystuje swoich sytuacji i dlaczego momentami znowu wygląda tak, jak drużyna, która sama nie wie, w którą stronę chce iść.

To wszystko jest potrzebne.

Tylko dajmy komuś również możliwość odpowiedzieć na te pytania pracą.

Bo reprezentacja Polski nie zaczęła mieć problemów wraz z przyjściem Jana Urbana.

Nie graliśmy przecież kilka lat temu jak reprezentacja Hiszpanii, żeby nagle coś się zepsuło.

Były lepsze momenty.

Była reprezentacja Adama Nawałki i pokolenie zawodników, które osiągnęło wynik, do którego długo będziemy wracać.

Ale było też wiele spotkań, po których zastanawialiśmy się dokładnie nad tym samym, co dzisiaj.

Dlaczego nie potrafimy zrobić kroku dalej?

Dlaczego mamy zawodników grających w dobrych europejskich klubach, a reprezentacja tak często nie potrafi tego przełożyć na boisko?

Dlaczego zamiast spokojnie budować drużynę, tak szybko zaczynamy budować atmosferę kolejnej zmiany?

Może więc tym razem warto zrobić coś innego.

Nie mówić, że Jan Urban na pewno jest rozwiązaniem.

Nie mówić też, że na pewno nim nie jest.

Po prostu pozwolić mu pracować.

Bo być może największym problemem polskiej reprezentacji nie jest to, że kolejni selekcjonerzy nie potrafią jej prowadzić.

Być może największym problemem jest to, że zanim którykolwiek zdąży naprawdę zbudować swoją drużynę, my już zaczynamy zastanawiać się, kto będzie jego następcą.

To dopiero pierwsza część felietonu o reprezentacji Polski.

W kolejnej części przyjrzymy się bliżej mniej oczywistym problemom, pytaniom i decyzjom, które pojawiają się wokół reprezentacji. Nie wszystko widać na boisku i nie za wszystko odpowiedzialność można przypisać jednemu człowiekowi.

Przed nami jeszcze dwie części. Będzie o tym, co dzieje się wokół kadry, o rzeczach, o których mówi się zdecydowanie mniej, oraz o pytaniach, na które jako kibice wciąż nie znamy pełnej odpowiedzi.

Ciąg dalszy nastąpi.

Jak ocenisz ten artykuł?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *